W zapadłym kącie, na przepastnych wertepach, siedzi sobie metodysta. Dwadzieścia drewnianych domków, dokoła zresztą bezludzie.
Jakże sobie radzi, jakże się podziewa pustelnik?
Dostaje regularnie pensję od głównego zarządu, może otrzymać podwyżkę, lepszą posadę, awans.
Rachunki parafii załatwia dozór kościelny. Ten dozór odsyła zbierane składki. Pastora niewiele to obchodzi. Pieniędzy mu nie zabraknie. Centrala operuje milionami.
W katolickim obejściu parafialnym bywa mniej bogato.
Jeżeli księżyna, na małej owczarni osiadły, nie ma wybitnych zdolności administracyjnych i gospodarczych, zmarnieje i dla siebie, i dla parafii, i dla swojej władzy duchownej.
Niewiele wart, oczywisty niedołęga.
Ten drugi, obok mego, z torbami był wysłany między ludzi i póty żebrał, póty jęczał, aż kościół zbudował.
Najpierw malutki, drewniany, potem sprzedał drewniaka z zarobkiem i zbudował w innym miejscu stylowego murowańca. I parafię sobie naciułał, pałac istny na plebanię dźwignął i dobytku znacznego przyczynił i sobie, i parafii, i całej diecezji.
W kościółku katolickim proboszcz sam musi starczyć, bo jeżeli nawet przyślą mu czasami kilkanaście mszy do odprawienia, to juści tych najbiedniejszych, najgorzej wynagradzanych.