W Europie, jeżeli ktoś życie swe rozpoczyna z małą w ręku szczotką, to po latach może co najwyżej dojść do większej szczotki.
W Europie trzeba pilnować swego zawodu, swego fachu, a nade wszystko trzymać się swego środowiska. W razach wyjątkowych zaś dowodzić swoich zdolności, swoich praw do wyższej szufladki za pomocą świstków papieru.
W Ameryce rozstrzyga zapał do pracy, zamiłowanie, decyduje nie rezultat egzaminu, nie patent, nie to, czego się człowiek był uczył101, lecz co człowiek umie, co w praktykę życia zakląć zdoła.
Cztery doktoraty posiada pan profesor, na sto zapytań gotów odpowiedzieć, a najprostszej kwestii nie umie drugiemu wytłumaczyć. Siedmioklawiaturowy fortepian w głowie, lecz bez zdolności wystukania jednym palcem „wlazł kotek na płotek”. Mózg wysuszony, jeden z wielu europejskich trupków.
W Ameryce na każdym szczeblu można znaleźć „chance”, można napotkać upragnioną sposobność do wydobycia się, do wypłynięcia na wierzch, do osiągnięcia zamierzonego celu.
Nigdzie zawór102, nigdzie przeszkód, ułatwień zawsze bez liku, byle chcieć, byle zęby zacisnąć i godziny swej doczekać.
O pracę w Stanach Zjednoczonych nigdy nie było łatwo, a zawsze trudno było w niej wytrwać, zastosować się do wymagań, starczyć energią, starczyć poczuciem obowiązku.
Wynagrodzenie nierównomierne, ale stosunek ze zwierzchnością więcej niż dobry, zażyły prawie.
Dygnitarz biurowy czy fabryczny chętnie stroi się w pozory swego własnego pionka, żadnych fanaberii, uścisk dłoni bodaj dla posługacza, uśmiech w odpowiedzi na poufałe okrzyki „hallo boss103” i żadnej urazy, gdy naczelnego inżyniera zamorusany „foreman104” poklepie po ramieniu.
Nie ma wyzwisk, pomstowania, lokajskich dygów, nie ma służalstwa, zimny rachunek rozstrzyga ciągle.