Szkolnictwo prywatne w Ameryce żadnym nie podlega ograniczeniom.

Nie ma w europejskim znaczeniu szkół z prawami i szkół bez praw, bo jedynym prawem jest poczciwie naładowana mózgownica.

Dobra renoma prywatnej szkoły amerykańskiej wymaga, aby poddała się dobrowolnie pewnej kontroli ze strony swoich stanowych władz edukacyjnych. Ta kontrola polega na tym, że tym władzom dostarcza się pewnych danych statystycznych i że z roku na rok zaprasza się inspektora szkolnego na wizytację.

O ile takie zaproszenie nie jest ponowione co roku, inspektor szkolny nie przyjeżdża. Wizyta jego ma na celu dokonanie przeglądu zakładu naukowego albo w myśli poczerpnięcia zeń jakiegoś nowego doświadczenia, albo też udzielenia mu przyjacielskich wskazówek. O żadnych nakazach mowy nie ma. Szkoła prywatna może się w rezultacie obejść całkowicie bez wizytatora. W ogóle zresztą zadaniem władz edukacyjnych w poszczególnych stanach jest opracowywanie rozmaitych danych, mogących współdziałać szkołom. Starczy na przykład zwrócić się do Harrisburga, do departamentu oświaty Rzeczpospolitej Pensylwańskiej, aby otrzymać całą literaturę o szkolnictwie elementarnym lub średnim, aby uzyskać najświetniej opracowane plany nowoczesnych budynków szkolnych, wykresy statystyczne, higieniczne wskazówki, aby znaleźć zawsze chętną radę i najskrupulatniejszą a bezpłatną pomoc.

Szkolnictwo amerykańskie nie jest w ogóle krępowane przez organy władzy wykonawczej. Poszczególne stany mają swe ustalone schematy godzin wykładowych z zakresu obowiązujących przedmiotów, ale nie wglądają w automatyczne przestrzeganie jakichś reguł pedagogicznych. System nauczania, wybór podręczników, wybór przedmiotów drugorzędnych czy dodatkowych wszystko to jest pozostawione zarządowi szkoły.

Wolno nawet w Ameryce dalej iść, wolno choćby prowadzić szkoły nowatorskie w rodzaju szkoły bez wykładów... Nauczyciele urzędują w małych kancelariach i tam udzielają wyjaśnień indywidualnych zgłaszającym się do nich uczniom.... Uczniowie operują sami podręcznikami szkolnymi i uczniowie uczą się jak im się podoba, czego im się podoba i zdają egzaminy kiedy im się podoba.

Przy tak bardzo liberalnych stosunkach szkoły publiczne amerykańskie toczone są przez okrutnego raka, wydane na łaskę i niełaskę strasznego wprost obskurantyzmu132.

Szkoły publiczne w każdej miejscowości zależą od tak zwanej rady szkolnej, złożonej najczęściej z dziewięciu „politykierów”, czyli ludzi bądź wybranych w powszechnym głosowaniu, bądź mianowanych przez wybranych zwierzchników miasta czy powiatu.

Członkostwo w radzie szkolnej jest honorowe, wraca co najwyżej minimalny koszt straty czasu, ale to członkostwo w radzie szkolnej w istocie swej jest zupełnie niehonorowym „graftem”.

Małe miasteczko Dureya liczy dokładnie (1930 r.) osiem tysięcy pięciuset mieszkańców. Nadchodzą wybory. „Honorowy” członek rady szkolnej rzuca na szalę dziesięć tysięcy dolarów byle tylko się utrzymać, byle tylko „honorowego” mandatu nie utracić.