Jakże inny był bankiet w Oslo w dwa lata później. Jakże się zmienił w miarę rozrostu sam charakter Pen Clubu. Stał się on istotnie „literacką Ligą Narodów”, gdzie poważnie roztrząsane są na zjazdach ogólnych doniosłe sprawy międzynarodowych literackich stosunków, poszukiwane jest sprawiedliwe stosowanie praw autorskich oraz zawisłych i niezmiernie trudnych zagadnień przekładowych.

Zjazd w Warszawie w roku bieżącym był ogromnym krokiem naprzód w tych kwestiach.

Wyznaję, że w Londynie zdziwił mnie trochę aliteracki charakter penklubowskiego bankietu.

— Czy to zawsze tak? — zapytałem.

— Prawie zawsze — odpowiedziano mi. — O sztuce i literaturze usłyszy pan na five o’clockach lub na lunchach prywatnych; tam gdzie pan może nagadać się i nasłuchać, ile pan będzie chciał, ale na bankietach publicznych Anglicy unikają wszystkiego, co mogłoby wywołać jakąkolwiek dyskusję lub rozdrażnienie.

Istotnie, na five o’clockach słyszałem dużo rozmów o sztuce i literaturze, spotkałem dużo wybitnych i ciekawych ludzi. Między innymi była na jednym księżna Bibesco21, bardzo miła, przystojna blondynka, autorka słynnej powieści, gdzie tak złośliwie odmalowała Polaków. Przyglądała mi się równie pilnie, jak ja jej, lecz nie mieliśmy ani ochoty, ani sposobności porozmawiać.

Na tych wszystkich dość licznych przyjęciach i zabraniach towarzyskich uderzyła mnie stała obecność Niemców; byli to zwykle bardzo elegancko ubrani to starsi, to zupełnie młodzi panowie, gładcy, mówiący doskonale po angielsku, którzy zostawali do samego końca zebrań i na ostatku zręcznie skupiali dookoła siebie powszechną uwagę. Wszystko wiedzieli i o wszystkim mówili. Zachwycała mnie wprost ich natarczywość i zręczność propagandowa. Zauważyłem ją później i w Ameryce.

Z rozmów o literaturze utkwiły mi w pamięci najmocniej rozmowy z panem Drinkwater22, znanym autorem Lincolna oraz z panem John M. Murry, niezmiernie miłym i subtelnym redaktorem miesięcznika „The Adelphi”. W obu wypadkach towarzyszył mi p. F. Sobieniowski, a przedmiotem rozmowy było rozbicie i zanarchizowanie powojennych prądów literackich na całym świecie.

Pamiętam zdanie wygłoszone w końcu przez p. Murrya:

— Trudno, literatura musi być odbiciem życia! Długo więc pewnie będzie odtwarzać poszukiwanie ideałów i tęsknotę za tradycją, rozbitymi i zatraconymi w czasie wielkiej wojny.