Eks-krawiec zatrzymał w powietrzu niesioną do wąsów szczoteczkę i usta otworzył — ale nic nie powiedział.
— Co się zaś tycze pstryko-elastyka — kończył tamten — wynalazek ten nie zdobył sobie jeszcze uznania, na jakie zasługuje. Szkoda! jest bowiem nadzwyczaj prosty i praktyczny. Wyobraź sobie pan dobrodziej grubą, ale to bardzo grubą, linę z gumy elastyki, zwanej inaczej „gumulastyką”. Jeden koniec tej liny jest przytwierdzony na stacyi A., a drugi, za pomocą odpowiednich przyrządów, wyciągnięty aż do stacyi B. Na tej ostatniej, przyczepia się do niego wagon z pasażerami, poczem, na znak dany przez zawiadowcę, konduktor linę puszcza, i — pstryk!...
Za oknem pocztylion zatrąbił powtórnie, przerywając młodzieńcowi wykład.
Wstał, odział się we wspaniałe barany, zielony kapelusz przed zwierciadełkiem zawadyacko nasadził. Następnie zabrał się do żegnania towarzyszów podróży.
Drzemiący dzierżawca został przezeń zbudzony i w oba policzki „siarczyście” ucałowany. Przyśniło mu się pewnie, że na jarmarku w Pułtusku odnawia przyjaźń z dawno niewidzianym sąsiadem.
Potem farmaceuta do mnie przystąpił.
— Żegnam kolegę! — wyrzekł, silnie wstrząsając moją rękę. — Żegnam i życzę dobrego apetytu na kluski z makiem.
Przymrużonemi oczyma spojrzał na moją zwierzchnią, wiatrem podszytą, odzież.
— Kolega, widzę, hartujesz się. To bardzo chwalebne, ale — radzę nie przesadzać. Czasem z takiej sztuki można dostać feleru w płucach albo w żołądeczku. O nóżkach i krzyżyku nie wspominam, bo na to dla kolegi czas jeszcze.
Zamilknął nagle, ręki mojej nie puszczając. Zamyślił się przytem tak samo, jak przed chwilą właściciel zajazdu. W tem zamyśleniu, dziwnym wzrokiem to po szynelu moim wodził, to obracał go na dzierżawcę, który miał ze mną dalej jechać, to wreszcie zdawał się oczami próbować grubości futer, których kilka przy dzierżawcy leżało.