— Dziękuję — rzekłem. — Prostych wódek nie używam.

Aptekarz podniósł brwi wysoko, kozią bródką kilkakrotnie poruszył i w milczeniu oddał butelkę mieszczaninowi.

— Rany boskie! Święta Weroniko!... — zaśpiewała w tej chwili gospodyni proboszcza, której nagle i słuch i mowa powróciły. — Jakże można delikatną chłopczyninę taką — Panie odpuść — śmierdziuchą częstować. Mam ja tu cości rarytniejszego. Mój dobrodziej panienki tem traktuje, jak na plebanię przyjdą.

Wydostała z torby podróżnej niedużą butelkę „Goldwasseru” i małą, rżniętą czarkę. Nalała gęstego, słodkiego trunku, w którym połyskiwały drobne płatki złota malarskiego.

— Niech pan student pije na zdrowie...

Barwa, zapach, a najbardziej podobno połysk iskrzących się w słońcu drobinek złota, podziałały na moją wyobraźnię.

Sięgnąłem bez namysłu po czarkę — wypiłem.

Zrobiło mi się cieplej — bardzom zaś już tego potrzebował.

— A co to pan student tak lekko? — spytała właścicielka „Goldwasseru”, obrzucając wymownem spojrzeniem mój szynel bardzo pięknie skrajany, ale mający wiatr za podszewkę. — Przeziębić się można, Boże uchowaj!...

— Eeee! — rzekłem z udanem lekceważeniem. — Nic mi nie będzie. Przyzwyczajony jestem. Zresztą — skłamałem dla ocalenia pozorów — mam pod spodem kożuszek.