Na widok uchodzącej zwierzyny, myśliwy stanowiska nie opuścił. Trzymał on ją na nici mocnej, acz niewidzialnej, i nie obawiał się, aby mu się wymknęła.
— Do zobaczenia, mości Fabio! — zawołał w ślad za uciekającym. — Spotkamy się rankiem — na Ratuszu...
Lis zatrzymał się i gdyby nie ciemności, dałoby się z pewnością widzieć, że uszami strzyże i ogon pod siebie podtula...
Po chwili kamraci stali znów przy sobie...
— Czego chcesz ode mnie? — mówił Fabio głosem cichym i żałosnym, w którym jednak drżała wściekłość tłumiona.
— Chcę, żebyś był dla mnie tym samym przyjacielem, co dawniej.
Tamten worek mocniej przycisnął i pomacał się po boku, gdzie przed chwilą jeszcze broń wisiała.
— Jestem nim — mruknął przez zaciśnięte zęby.
— Przyjaciele nic przed sobą nie ukrywają...
— Bywa to czasem konieczne...