Nie dokończył, bo mu dłoń Giana gardło ścisnęła i tkwiący w nim wyraz zdusiła...

Zacharczał i do ziemi przysiadł. Puszczony, zatoczył się i przez chwil parę przyjść do siebie nie mógł. Czas jakiś milczeli obydwa, ciężko dysząc — jeden z bólu i przestrachu, drugi z wściekłości.

— Gadaj — odezwał się wreszcie Giano głosem zmienionym — duże masz stamtąd zyski?

Fabio, przelękły, do kolan mu się rzucił.

— Zabierz wszystko — jęczał — ale nie gub mnie i nie zabijaj!...

— Głupi grajku! — rzekł Giano wyniośle. — Darami twymi ja gardzę. Wezmę od ciebie, ile będę potrzebował, a potem oddam. Właściwie: nie oddam, ale w twarz ci rzucę — ze śliną pospołu!...

Tamten podniósł się; wciąż jednak jeszcze pokorny i spłaszczony.

— Nie rozmyślniem w to się wdał — mówił jakby nieprzytomnie. — Uciekając przed strażą w loch wpadłem, któregom ani znał, ani szukał... Loch doprowadził mię do tamtych ludzi... Miałem do wyboru: przystać do nich albo zginąć... Ojciec oszczędzać kazał, zbierać — a z czego? Czy z tej kusej gaży dworskiej, która ledwie na przyodziewek wystarcza?... Dobrze, że sobie czerwieńców trochę uciułam — kiedy nie stać na lepsze!...

Nagle oprzytomniał i kilka kroków w tył się cofnąwszy, śmielej nieco zapytał:

— Ale prawdę rzekłszy: co tobie do tego?