— Wszelki duch!... — krzyknął tamten, nowych druhów puszczając. — Tyżeś to, melankoliku?
— Jak widzisz — odrzekł Jur smutno.
— Ależ wyglądasz... niech cię! Z tamtego świata chyba wracasz?
— Idę tam dopiero... — szepnął młodzieniec, tak cicho jednak, że go towarzysz nie dosłyszał.
— Gadajże: czego chcesz? — ciągnął Szczerb, zza stołu wyłażąc i przemocą sadzając go na ławie. — Tokaju ci dać? Pinioły, petercymentu, seku? A może rywułę wolisz albo miód stary? Jest wszystko, czego dusza zapragnie, a brzuch i gardło wstrzymają!
— Chcę przystać do was — rzekł Jur głosem drewnianym.
— Do was? Co to jest: do was? Gadaj wyraźnie do kogo?
— Do waszej kompanii...
— Pijackiej?
— Nie, żołnierskiej.