Papier przed się wytknął i zawołał:
— Paolo Rufiani! Oto ci mówię: wystąp!
Wszystkie oczy obróciły się na Giana.
Stał on w miejscu, jak trup blady, ale wyprostowany i wyzywający. Na ustach miał uśmiech szyderczy.
Sługa miejski dwukrotnie jeszcze wezwanie powtórzył. Młodzieniec nie ruszał się z miejsca. Wówczas rozległa się komenda:
— Imać!
Chłopy uzbrojone wtargnęły do środka. Ale zanim jeszcze ręka któregokolwiek zdążyła dotknąć młodzieńca, runął on nagle na ziemię, jak kosą podcięty.
Na lewej piersi upadającego błyszczała niewielka głowica sztyletu.
Pachołkowie stanęli w miejscu, przerażeniem zdjęci.
Ani jeden z obecnych nie ruszył rannemu z pomocą.