— Marszałkowska to sprawa, nie moja! — odpowiedział król. — Myszkowski winę ci darował?
— Darował, najjaśniejszy panie.
— Toś czysty.
Zamilkli obydwa. Król młotek odłożył i pilniczkiem około kawałka swego majstrować począł.
— Ale, ale... — odezwał się nagle. — Spodziewam się, że to nie było nic nieobyczajnego?
— Co za myśl, najjaśniejszy panie! — obruszył się tamten.
— Bo wiedz, że ja bym na sromotę żadną nie zezwolił. To nie Włochy, mój miły — nie Florencja...
Artysta oczy spuścił i głosem przyciszonym szepnął:
— Nie rozpusta mię wiodła, jeno miłość...
— A! — westchnął król, obcążkami sztabkę złotą wyginając.