Tamta zasępiła się bardziej jeszcze.
— Dobruniu, ja się boję!... — szepnęła, do przyjaciółki się tuląc. — Przy każdej modlitwie wątpliwość mię napada: jestemże190 tą samą, co dawniej? Bywam niekiedy jakby nieprzytomna... słów modlitwy zapominam... Czyżby mię łaska Boża odstępowała?
Drżeć poczęła całym ciałem i głowę na pierś przyjaciółki skłoniła.
— Może to czary? Może urok na mnie kto rzucił? — wyjąkała nagle głosem zmienionym.
Dobra ucałowała ją czule i do serca przycisnęła.
— Czary to są niezawodnie — z naciskiem rzekła. — Ale na nie nikt nie poradzi.
— Może astrolog?
— I to nie...
— Jak to? Nikt na świecie całym?
— Tegom nie rzekła. Poradzi człowiek, który czary sprowadził. Człowieka tego znam...