Patrzącym serca zamiera na widok niebezpieczeństwa, jakie mu w tej chwili zagraża.

Gdyby poślizgnęła mu się stopa, gdyby na chwilę stracił równowagę — już po nim! Obracające się koło zdruzgotałoby mu kości, zanim by jeszcze zdążył wpaść do wody.

Im wyżej wznosi się deska, tym bardziej prostopadłe przybiera położenie. Trzeba prawdziwych cudów ekwilibrystyki, żeby się na niej utrzymać.

Kucharzewski już się cały rozkurczył — już tylko w pasie zgięty — już wyprostował się na całą wysokość — już gotuje się do skoku...

Ręce złożył nad głową, w klin, i wyprężony jak cięciwa, przesuwając ostrożnie stopy na samą krawędź „pierzydła” — czeka. Czeka aż deska dojdzie do największej wysokości, aż stanie zupełnie prostopadle.

Stanęła — w tejże chwili on rzuca się w przepaść głową naprzód, rozbija zapienioną, wirującą powierzchnię wody — znika.

Koło młyńskie dalej się obraca, rozbita na chwilę piana znów zbiera się na falach, lejkowate wiry zaczynają na nowo kręcić się, szumieć, kipieć — pływaka ani śladu...

Na brzegu odzywają się niespokojne, przelękłe głosy:

— Gdzie Kucharzewski?... — Co się stało z Kucharzewskim?... — Nieszczęście! nieszczęście!...

Nagle głośny krzyk przygłusza lamenty: