Sześćdziesięciu chłopców wybucha śmiechem i krzykiem. Malec podnosi się zaczerwieniony, kurzem okryty — do przewodnika swego się zwraca.
— Dziękuję panu! — mówi, kłaniając się pokornie.
Nowe śmiechy i krzyki.
Tamten pomaga mu wspaniałomyślnie zbierać książki, jabłka, serdelki; potem skierowywa31 go pod ścianę i pcha przed sobą w stronę ostatnich rzędów ławek. Po drodze wybębnia mu pięścią marsza to na jednej, to na drugiej łopatce.
Znaleźli z trudnością wolne miejsce. Protektor sadza na nim protegowanego, objaśnia, gdzie się chowa tekę, i przykazuje najsurowiej, żeby ławki nie rżnął scyzorykiem, gdyż za to „biją”.
— A jak wejdzie inspektor, wstać, milczeć i słuchać.
— Dziękuję panu... — kłania się znów malec uprzejmie.
Tamten szczypie go w ramię ze złością.
— Nie nazywaj mnie, knocie, „panem”. W sztubie32 nie ma żadnego państwa. Wszyscyśmy koledzy i kwita! Mów do mnie po prostu: ty.
— Dobrze, proszę... ciebie.