Od polskich towarzystw stronił — nie dlatego, żeby mu tam niechęć lub nienawiść okazywać miano, lecz że czuł się wśród Polaków nie na swoim miejscu, ani ich nie rozumiejąc, ani przez nich rozumianym być nie mogąc.
Gryzło go to i jeszcze dzikszym czyniło.
Raz tylko jeden z tej troski głośno się wygadał.
Było wówczas gorąco, parno i Jastrebow pod wpływem upału a może i nadmiernego opicia się „mlekiem”, zdrzemnął się na katedrze352. Uczniowie z początku zachowywali się spokojnie; lecz potem opanował ich jakiś szał, zaczęli krzyczeć, przez ławki skakać i strzałami papierowymi łysinę śpiącego zasypywać.
Przebudził się nauczyciel, mętnym wzrokiem powiódł po wszystkich, a zamiast gniewem wybuchnąć, położył ciężką rękę na stoliku i swym głębokim, tym razem od tłumionego wzruszenia drżącym głosem wyrzekł:
— Byłby ja Jastrebski albo Jastrebowski, wy by mnie lubili i pocztienje353 dla mnie mieli, ale że moja familia ruska, tak ja dla was cóż? — proklatyj354 moskal, kacap355...
— Dziegciarz!... — pisnął któryś ze śmielszych urwisów i nura dał szybko pod ławkę.
— No, i wy — ciągnął tamten, na obelgę nie zważając — uznajecie się w prawie szutki356 ze mnie diełać357, choć ja i uczyciel358 wasz, i człowiek czestnyj359...
Wyciągnął z kieszeni czerwoną, kraciastą chustkę, po czole i po oczach ją przesunął i westchnąwszy, dokończył:
— Boh z wami!...