Razem z tym miłym dymkiem nadlatują zapachy skwarek ze słoniny, kawy „żołędziowej”, jajecznicy z przysmażoną cebulką. Na stancjach przygotowywa się 384 wieczerza dla uczniów — dla tych pyzatych, ociężałych chłopców ze wsi, którzy jak lupus385 z ich łacińskiego Tirocinium386”, choć nie rapaces387 i nie crudeles388, są jednak pod względem jedzenia — insatiabiles389.

I w bohaterskiej drużynie wrażenia żołądkowe zapanowały chwilowo nad innymi. Chłopcy szybko zrywają się z kloców, głowami skinęli sobie na pożegnanie — z pośpiechem pędzą w różnych kierunkach do pełnych mis, które w tej chwili zdają się im wonniejszymi, niż róże sarońskie390, niż kadzidła w świątyni Salomona391...

Sprężycki idzie z wolna, wsparty na ramieniu Dembowskiego.

— O jakiejże to „sztuce” myślisz, biedaku? — pyta ostatni, z niepokojem i troskliwością matki, czuwającej nad chorym dziecięciem. — Czyś zapomniał, że doktor Dobrzelewski zabronił ci nawet wiele chodzić i głośno mówić?...

— Toteż moja sztuka nie polega ani na chodzeniu, ani na mówieniu.

— Na czymże zatem?

— Zobaczysz...

Dembowski wzdycha.

— Nie zapominaj, Witek, że tobie przykazano: jeść jak najwięcej, sypiać jak najdłużej, mieć dobry humor i przesiadywać po całych dniach w ogrodzie. Moim zdaniem, niepotrzebnie nawet chodzisz do szkoły i męczysz się słuchaniem belfrów. Wszakże, czy tak, czy inaczej, ten rok dla ciebie stracony...

— Tak myślisz, Bronek?...