Pan Pawlicki nie lubi gości przybywających wyłącznie na przechadzkę. Nie lubi ich zwłaszcza w godzinach rannych. Zwykle po każdej takiej „wizycie” nie może doliczyć się kwiatów na klombach, owoców na drzewach — niekiedy nawet tyczek przy fasoli.
Dawniej było jeszcze gorzej. Panowie z miasta, ich żony, dzieci i służba, jakby do tego ślubem tajemnym zobowiązani, nigdy, wchodząc do ogrodu, drzwi za sobą nie zamykali. Korzystały z tego w granicach jak najszerszych psy i świnie — z małym, rozumie się, pożytkiem dla ogrodu i średnią przyjemnością dla ogrodnika.
Zaradził wreszcie złemu pan Pawlicki przez zawieszenie na drzwiach ciężkiego kamienia, który je sam, automatycznie, z nadzwyczajnym łoskotem zamyka.
Otóż dziś powodem wspomnianego już zdenerwowania pana Pawlickiego jest ów łoskot, co kilka chwil powtarzający się.
Za każdym huknięciem kamienia pan Pawlicki prostuje plecy przy sadzeniu „flanców423” zgięte, głowę w stronę drzwi obraca i widzi w nich — niebieski mundurek. Ile huknięć, tyle mundurków.
— Kara boska... nasłanie!... — mruczy, srodze się marszcząc.
W ciągu kwadransa naliczył tych niebieskości przeszło tuzin.
— Chodź ino, Aleś! — woła rozpaczliwym głosem na swego syna Olesia.
Nadchodzącemu wydaje półgłosem zlecenie:
— Uważaj, a dobrze, na drzewa fruktowe424... Na studentów cięgiem patrz... A jakby co, to przez425 żadnych ceregielów, czapkę łap i kwita!...