Dopiero kilka kuksańców, wymierzonych pod ławką przez kolegów, zbudziło Księżopolczyka. Wstał, leniwie się przeciągając.

— Czego?... — zapytał z pełnymi ustami chleba.

Gniew nauczyciela spotęgował się jeszcze.

— Ach, ty, tak, panie tak!... jak sze nasywasz?

Ale tamten nic sobie z gniewu nie robił — nie rozumiał go nawet. Dłoń zwiniętą przyłożył do ucha i powtarzał przeciągle:

— Czegoooo?... Czegoooo?...

Koledzy zaczęli wykrzykiwać mu nad uchem, jeden przez drugiego:

— Pan psor mówi... Pan prosor każe... Pan fesor żąda... żebyś powiedział, jak się nazywasz?

Księżopolczyk zrozumiał nareszcie. Twarz jego przybrała najpierw wyraz wielkiego zdumienia; potem odmalował się na niej namysł głęboki...

Długo milczał, szukając czegoś w pamięci — wreszcie oczy spuścił i rzekł: