— Nie gadaj! — tociem na własne uszy słyszała...
— Słyszałaś, ale segnaturkę11 u refermatów12.
— Śpieszajta! paniczowi bułków na gwałt trzeba!
— Ojoj! wielka rzecz! Może zaczekać. I tak Judkowa jeszcze nie upiekła.
— Upiekła. Lećta duchem do Żydówki.
— Na jednej nodze!
— Jak bocion!
Kilka dziewuch pędzi w stronę wąskiej uliczki, zamieszkałej przez Żydów. Jest tam jeden mały, krzywy, w ziemię zasunięty domek, nad którym zawsze o tej porze unosi się, to prosta jak obelisk, to maczugowato u góry rozszerzająca się, to rozpryśnięta, jak fontanna, to spiralnie skręcona, to wreszcie jakby przełamana i w dół spadająca kolumna burego dymu. W tym domku mieszka Judkowa, główna karmicielka „studentów”, których nazywa „skubentami”, najpierwsza na całe miasteczko obwarzankarka, przez nikogo nie prześcignięta twórczyni obwarzanków „groszowych”, „plecionych”, „jajecznych” oraz „chał13”, „makagig14” i słodkich „mac”, cynamonem osypywanych.
— Dendele!... dendele!... dendele!...
Po pięciominutowym odpoczynku dzwonek, z nową siłą i z wyraźną już złością, krzyczy na spóźniających się. Krzyczy długo, zajadle — potem w największym paroksyzmie gniewu urywa w jednej chwili, jak człowiek, który głośno i namiętnie spierając się, nagle machnął ręką, odwrócił się — odchodzi...