— Bien169. Masz „pałkę” i możesz iść na miejsce.
Profesor skrzypiącym piórem smaruje w katalożku170 wielką jedynkę. Teraz olbrzym wykrzywia się do płaczu.
— Nie wiem, za co pałka?... — mruczy basem, odchodząc od katedry. — Pierwsze słyszę, żeby konie... Może tak jest we Francji, ale u nas...
Trzcina znów grzmi na katedrze.
— Milczeć — bo do dziennika zapiszę!
Olbrzym wtłoczył się do ławki, głowę wsunął między ramiona — rożkiem chustki oczy ociera.
— Dawidku!... — zwraca się Luceński do drugiego ucznia — powtórz, o com zapytywał.
Cieniutki, ale rezolutny głosik odpowiada:
— Pan prosor wymienił trzy zdania oddzielne i kazał przetłumaczyć je na francuski. Pierwsze zdanie: „koń mojego sąsiada”... le cheval de mon voisin; drugie zdanie „zjadł”... il a mangé; trzecie zdanie: „żonę starego jenerała”... la femme d’un vieux général.
Luceński wydostał swą małą tabakierkę, raz po raz z niej zażywa i palce wyciera o rudą perukę. Jest widocznie bardzo zadowolony.