Na te słowa Lulejka, stojący za tronem Walorozy, parsknął szyderczym śmiechem. Cały dwór jednak łowił tak chciwie słowa księcia Bulby, że nikt nie zwrócił uwagi na ten niewczesny wybuch wesołości.

— Radzi jesteśmy Waszej Królewskiej Wysokości zawsze i w każdej szacie — rzekł król. — Mrukiozo, podaj krzesło Jego Królewskiej Wysokości — dodał, zwracając się do ministra.

— Każda szata, która ma szczęście okrywać Jego Książęcą Mość, jest szczytem elegancji — powiedziała Angelika z najczulszym uśmiechem.

— Ech! Trzeba mnie dopiero zobaczyć w moich paradnych strojach! — wykrzyknął książę Bulbo. — Byłbym je zaraz włożył na siebie, ale ten głupi stangret nie przywiózł ich dotąd. A tu kto się tak śmieje?

— To ja się roześmiałem — zawołał Lulejka. — Bo najpierw powiedziałeś waszmość, że nie przebrałeś się ze zbytniego pośpiechu, a teraz okazuje się, że nie masz nic innego do włożenia na grzbiet prócz tego, co na tobie oglądamy.

— Waszmość kim jesteś? — zapytał wyzywająco książę Bulbo.

— Ojciec mój był królem Paflagonii, a ja jestem jego jedynym synem! — odparł wyniośle Lulejka.

— Uf! — syknęli równocześnie król i Mrukiozo, jakby im kto nastąpił na odcisk. Ale król odzyskał natychmiast panowanie nad sobą i rzekł:

— Kochany książę Bulbo, zapomniałem przedstawić Waszej Dostojności mego ukochanego bratanka, księcia Lulejkę. Proszę, uściśnijcie się po bratersku. Lulejko, podaj rękę Jego Dostojności.

Lulejka pochwycił rękę księcia i ścisnął ją tak silnie, że nieszczęsnemu Bulbie łzy trysnęły z oczu. Teraz minister Mrukiozo podsunął mu krzesło, które ustawił na wysokim wzniesieniu tronowym obok siedzeń królewskiej rodziny. Widocznie jednak krzesło stało zbyt blisko brzegu wzniesienia, bo ledwie zasiadł na nim Bulbo, usunęło się w tył, a książę Bulbo potoczył się jak kula ze wzniesienia i upadł na posadzkę, wywróciwszy wpierw kilka koziołków.