— A niechże cię... z twoimi lamentami, mój kapitanie Zerwiłebski! — usłyszał za sobą przyciszony głos kobiecy. Z bocznego skrzydła wysunęła się Gburia-Furia, odziana tylko w bieliznę nocną. Usłyszawszy zgiełk w sieni, wybiegła z sypialni i była świadkiem całej sceny.
— Mój Zerwiłebciu — szeptała dalej — wszakżeż król nakazał ci poprowadzić na śmierć księcia! Czyż ci jednak powiedział, którego księcia?!...
— Nie rozumiem waćpani — odparł Zerwiłebski, który był mocniejszy w garści niż w rozwiązywaniu zagadek.
— Głupiś, mój Zerwiłebciu! — szepnęła ochmistrzyni. — Przecież król ci nie powiedział, że masz zabić księcia Lulejkę, tylko księcia, rozumiesz?
— Rozumiem, kazał mi zabić księcia, ale nie powiedział którego — rzekł kapitan.
— Walże więc do sypialni Bulby i zetnij mu łeb czym prędzej!
Kapitan wytrzeszczył najpierw oczy, a potem zaczął tańczyć z uciechy. — Wiwat! Wiwat! — wołał. — I wilk będzie syty, i koza cała! Łeb księcia Bulby odpowiada wszelkim wymaganiom królewskim.
Ledwie nastał świt, kapitan zjawił się w pałacu z przyboczną strażą, podążył do księcia Bulby i do drzwi jego zapukał.
— Kto tam? — zapytał rozespany Bulbo.
— Kapitan Zerwiłebski.