Oto znalazłem w sobie radość w momencie najmniej zdawałoby się dla takowej możliwym.

Stojąc w szeregach bloku „Krwawego Alojza” i widząc, jak naprzeciwko stojące szeregi karnej kompanii Krankenmann wyrównywał nożem, wbijając takowy w brzuch temu, kto się wysunął niepotrzebnie trochę naprzód, ze zdziwieniem pewnym stwierdziłem, że się nie mylę, iż znalazłem w sobie radość, wynikającą ze świadomości, że chcę walczyć, a więc kryzys parodniowy minął szczęśliwie oraz ze świadomości, że nareszcie — tęsknota od roku 1939 — tu zrozumieć może mnie przede wszystkim żołnierz — stoję w szeregach wyrównanych jak naciągnięte struny wśród ustawionych ramię w ramię wściekłych, zjednoczonych wspólnym celem i jedną myślą, zdecydowanych na wszystko Polaków, czyli w zespole doskonałym do pracy organizacyjnej.

To był zarodek siły, która kazała mi wierzyć i tworzyć. Podjąłem się więc pracy. Po paru tygodniach zorganizowałem pierwszy zawiązek Organizacji Wojskowej w Oświęcimiu wśród „Warszawiaków” i przesłałem w październiku 1940 r. pierwszą wiadomość do Warszawy za pośrednictwem kpt. Michała Romanowicza przez zwolnionego z lagru Aleksandra Wielopolskiego, pracującego w wywiadzie u Tęczyńskiego. Kierownictwo tej pierwszej „piątki górnej” (płk. Władysław Surmacki, kpt. dr Władysław Dering, rtm. rez. Jerzy de Virion, Eugeniusz Obojski i Roman Zagner) powierzyłem pułkownikowi Władysławowi Surmackiemu, którego znając od dawna, już w maju 1940 r. wciągnąłem w Warszawie do pracy w TAP na stanowisko szefa sztabu. W marcu 1941 r. zorganizowałem drugą „górną piątkę” (pdch. Witold Szymkowiak, pdch. Antoni Rosa, Tadeusz Słowiaczek, ppor. rez. Mikołaj Skomowicz, Władysław Kupiec, Bolesław Kupiec, Tadeusz Pietrzykowski) wśród najstarszych numerów więźniów. W maju 1941 r. wśród kolegów z 4 i 5 transportu warszawskiego28 trzecią „piątkę górną” (kpt. Eugeniusz Triebling, por. Włodzimierz Makaliński, por rez. Stanisław Gutkiewicz, Wincenty Gawron, Stanisław Stawiszyński), a w październiku 1941 r. czwartą „piątkę” (Henryk Bartosiewicz, kpt. Stanisław Kazuba, ppor Konstanty Piekarski, Stefan Bielecki, ppor rez. Tadeusz Lech), nigdy się nie trzymałem ślepo liczby pięciu.

Każda z tych „piątek” nie wiedziała nic o piątkach innych i sądząc, że jest jedynym szczytem Organizacji, rozwijała się samodzielnie, rozgałęziając się tak daleko, jak ją suma energii i zdolności jej członków, plus zdolności kolegów stojących na niższych szczeblach, a przez piątkę stale dobudowywanych, naprzód wypychały. Praca polegała na ratowaniu życia kolegów przez: zorganizowanie dożywienia, polecania władzom bloków, opiece na „Krankenbau” (w obozie szpital dla więźniów nosił nazwę Häftlingskrankenbau A.C.), organizowanie dostawy bielizny, urządzanie na lepszych posadach — stanowiskach, podtrzymywanie na duchu, kolportowanie wiadomości z zewnątrz, łączności z cywilną ludnością, przekazywanie wiadomości obozowych na zewnątrz, powiązanie w jeden łańcuch energiczniejszych jednostek dla skoordynowanej akcji opanowania obozu w chwili, gdy takowa nadejdzie z zewnątrz, bądź to w formie rozkazu — bądź desantu.

Tak — jak w celu większego bezpieczeństwa powziąłem myśl, by jedna piątka nic nie wiedziała o drugiej — tak również w tym celu omijałem początkowo ludzi „stojących na świecznikach”, którzy tu byli pod własnymi nazwiskami i jako pułkownicy, słabo zakonspirowani, robili już plany opanowania obozu. I tak w kwietniu 1941 r. koledzy coraz to częściej zaczęli przynosić wiadomości, że płk. Aleksander Stawarz i ppłk. Karol Kumuniecki są zdania, że należy opanować obóz, przy tym mniej więcej podawano terminy i ppłk Karol Kumuniecki poszedłby potem ze zdrowymi na Katowice, a płk Aleksander Stawarz z chorymi zostałby na miejscu. Ze względu na rozgłos i naiwność planowania na razie trzymałem się od tego z dala. Dnia 15 maja 1941 r. przesłałem meldunek do Warszawy przez zwolnionego z lagru por. rez. Karola Świętorzeckiego21.

Tymczasem nasza Organizacja (słowo to było zakazane i używane tylko w znaczeniu zupełnie innym) rozwijała się dość szybko

A jednocześnie wielki młyn lagru wyrzucał wciąż trupy. Wielu kolegów ginęło, których stale trzeba było zastępować innymi. Wciąż trzeba było wszystko wiązać.

Wysyłaliśmy już na zewnątrz wiadomości, które były podawane przez radia zagraniczne. Władze lagru wściekały się — szukano, zrywając podłogi, szukano na strychach. Daleko rozgałęzione już poszczególne „piątki górne” zaczęły w terenie wzajemnie się „domacywać”, meldując mi o „namacanej” rzekomo innej jakiejś organizacji (inna piątka). W listopadzie 1941 r. wysłałem do Warszawy przez zwolnionego z lagru kpt. Ferdynanda Trojnickiego22 meldunek. Jednocześnie pisałem w listach do rodziny (okólną drogą), by mnie nie starano się z lagru wykupić, co mogłoby się zdarzyć, gdyż nie miałem żadnej sprawy, a hazardowała mnie gra i oczekiwana w przyszłości rozgrywka na miejscu.

W grudniu 1941 r. przesłałem meldunek przez płk. Władysława Surmackiego23, zwolnionego do Warszawy, w marcu 1942 r. przez sierż. Antoniego Woźniaka24.

W jesieni 1941 r. przywiezieni zostali do obozu płk Jan Karcz i ppłk Jerzy Zalewski. Zaproponowałem wejście do Organizacji pułkownikowi Janowi Karczowi — na co ten się zgodził. Po paru miesiącach płk Jan Karcz został wzięty do bunkra i dręczony. Ponieważ nic nie zeznał, został zwolniony z bunkra i przeniesiony do filii Oświęcimia, pobliskiej Brzezinki, gdzie podjął się pracy na rzecz naszej Organizacji.