КАТАКАЛЛО

— Katakallo! — zawołałem, bo poznałem, że to ten sam napis greckimi litery, który na belach i pudłach, w składzie towarowym p. Jarosza Spytka we Lwowie widziałem, a który mnie mendyczek czytać nauczył.

Zrywam się tedy na równe nogi w łodzi i z całego gardła, jak tylko najgłośniej mogę, pocznę krzyczeć:

— Katakallo! Katakallo!

Na pokładzie okrętu stało kilku ludzi, a jeden z nich musiał być starszy, bo był tak ubrany, jak tylko bogaci Grecy ubierać się zwykli, a ci, co z nim byli, z dala się trzymali jakby z uszanowania.

— Katakallo! Katakallo! — krzyczę ja jak opętaniec, i ręce ku onym ludziom błagalnie wyciągam.

Tymczasem łódka nasza prościutko do okrętu pędziła i ojciec z całej siły wiosłem tak robić zaczął, aby się umknąć, bo się bał, aby nas ten duży statek nie przejechał, boby nas był niechybnie zatopił. Naraz widzę, że ten Grek jakiś rozkaz swoim ludziom daje i ręką na nas wskazuje, a jeden z nich gruby sznur, jakby w obręcz zwinięty, chwyta i ku nam z taką mocą i tak sprawnie ciska, że ta lina, bo to okrętowa lina była, rozwinąwszy się w powietrzu, końcem do łodzi naszej wleciała.

Ojciec uchwycił linę, kazał mi jąć się jej całą mocą i sam się jął, a potem wraz ze mną buch! do wody. Skąpaliśmy się wyżej czuba, aż nam się dobrze w uszy nalało, a morze nakrywało nas co chwila swoimi bałwanami, ale ci ludzie z okrętu poczęli nas zaraz ciągnąć ku sobie i windować na pokład, aż nas tak wywindowali na sam okręt, a czas był wielki, bom już dodzierżyć nie mógł liny w ręku i byłbym się za jaką małą chwileczkę puścił i w morzu niechybnie utonął. Ledwiem ociekł i tchu złapał, bom się wody gorżkiej dobrze nałykał, a już jak opętaniec znowu krzyczę:

— Katakallo! Katakallo!

Mój ojciec, choć ani wiedzieć, ani domyślać się nawet nie mógł, co by to słowo znaczyło, ale jakoby w cudowną moc jego uwierzywszy, wrzeszczy za mną także: „Katakallo! Katakallo!”, bardzo głośno i bezustannie, że jak to sobie dzisiaj wspomnę, to mnie śmiech zbiera z tego wołania, ale wonczas cale mi do śmiechu nie było.