— Do Lwowa, a stamtąd, pomagaj Boże, do domu, na Ukrainę.

— A wóz i konie wasze?

— Gdyby moje! Ja czumak61 biedny. Nie moje, żydowskie...

— A jaki to Żyd?

— Chocimski, turski Żyd, Czarny Mordach.

— Czarny Mordach, co go po tursku Kara-Mordach nazywają! — krzyknął Semen i tak rzucił sobą na koniu, jakby go kto strzałą przebódł. — A gdzież on?

— Został w tyle — mówi furman — jedzie konno, na siwym bachmacie, ot, i słychać kopyta.

Patrzę ja w tę stronę i widzę: jedzie na siwym koniu chłop setny, w czarnej żupicy62, przepasany szerokim rzemieniem z surowej skóry, z twarzą ciemną jakby u Cygana, z dużą czarną brodą i z małymi bystrymi oczyma, świecącymi jak u kota, ale kosooki, tak że tym zezowatym spojrzeniem brał cię jakoby we dwoje szydeł i chciał niby przekłuć człowieka brzydkimi ślepiami na wskróś z obojej strony.

Jak go tylko Semen zobaczył, poczerwieniał cały jak mak polny, żyły mu nabiegły krwią na czole, a oczy mu się zapaliły takim gniewem, że aż mnie samemu stał się straszny.

— Bóg mi jego dał! Bóg mi jego dał! — woła wielkim głosem i sadzi z koniem prosto na onego Żyda.