W ostatku podstarości już i siedzieć nie mógł; jeno patrzeć, kiedy się z zydla obali; na czekanie się tylko rękami opiera. Powiada mu Kajdasz:

„Idźcie do alkierza, wysapajcie się; potem znowu mówić będziemy!”

Zawiódł go do alkierza do łóżka, siada na nim podstarości, ale się kłaść nie chce, a Kajdasz do niego podłazi, niby go ściskać i całować chce, a tymczasem pod żupan do papierów, złodziej, sięga, ale podstarości, choć pijany, na baczności się ma; co się Kajdasz do niego skradnie, to on za czekan i w łeb mu godzi. Odstąpił Kajdasz i wrócił do izby; snadź czekać chciał, aż podstarości zaśnie, ale przecież go się bał, bo woła mnie do kąta i mówi:

„Matysku, chcesz ty zarobić na przyjaciela i na pięć złotych? ”

„Dobre jedno i drugie; czemużby nie? ”

„Matysku, podstarości zły człowiek, szelma jest wierutny; on ciebie za psa nie ma; robić ci każe jak wołu, a jeść nie daje; skrzypki ci zabrał; jakby ciebie w więzieniu miał!”

Aha, tu tego Żyda grzebali, tędy tobie droga, niecnoto — myślę ja sobie, ale nic nie mówię, tylko głową żałośnie kiwam.

„Matysku — rzecze dalej hajduk — ty umiesz idź ty do alkierza, wyjmij temu pijakowi papiery spod żupana, a między nimi jest jeden, co w nim o Marku Bystrym stoi i pieczęć dużą ten papier ma. Uważ dobrze, o Marku Bystrym tam będzie; weźże papier i tu go przynieś. Nie będziesz ty za to szkodzien! Pięć złotych weźmiesz!”

„Albo czekanem w łeb — mówię ja na to — a to pewniejsza rzecz niż waszych pięć złotych obiecanych. Obiecanka, gałka218 na wieży. Dajcie zaraz pięć złotych, a papier będzie.”

„A jak nie będzie?”