Zaraz poszliśmy do pana Przeździeckiego, a on wysłuchawszy ojca, powiada:
— Gdyby to prawo było między mieszczanami, zaraz bym rumacją225 i intromisją226 wyrobił, ale że to rzecz między dwoma, z których żaden nie jest mieszczaninem i żaden szlachcicem, tedy to ani w grodzie, ani w sądzie ławniczym nie pójdzie i chyba tu pan starosta samborski albo urząd ekonomii królewskiej pomóc może.
— A to królewski dekret nic nie znaczy? — pyta ojciec.
— Znaczy, pewnie, znaczy — mówi pan Przeździecki — ale od króla jest droga do króla...
— Od króla do króla? — powtarza mój ojciec i oczy otwiera szeroko z wielkiego zdziwienia. — A jako to być może, miły panie? Jednego tylko króla mamy w Polsce i jedna tylko prawda być może.
— Dobry człeku — rzecze pan Przeździecki na to — wy tego nie rozumiecie. Król jest jeden, ale was dwóch jest, co się prawujecie. Jak ten zły człowiek nie zechce ustąpić, tedy odwoła się na to, że wam król dekret wydał po złej opowieści, co się po łacinie ad male narrata zowie, to znaczy: będzie twierdził, że króla źle i fałszywie powiadomiono o rzeczy. Przed dekretem czapkę zdejmie, pokłoni się pięknie, ale co wydarł, tego tak lekko nie odda.
— Mocny Boże — zawołał ojciec żałośnie — tom ja jeszcze sprawy nie wygrał?
— Wygraliście i nie wygraliście: wygracie na dobre, jak hajduka wypędzicie.
— A cóż ja pocznę teraz, nieszczęśliwy! — mówi już prawie z płaczem mój ojciec.
— A pan starosta za wami?