Podźwignął się tymczasem pan Heliasz, oglądnął się, ręce podniósł ku niebu i uklęknął; widoczna rzecz, że za cud sobie miał to wyratowanie. Powstawszy wreszcie zaczął się piąć w górę do lasu, a kolana się pod nim gięły od przebytego strachu i umęczenia, i jeno ciągle pot sobie z łysiny obcierał. Urbanek i ja zbiegliśmy ku niemu, a tak wziąwszy go między siebie, zawiedli aż na polankę w lesie.

Nic, biedak, nie mówił, jeno stękał a sapał jako miech kowalski, a usiadłszy na ziemię błędnymi od strachu oczyma na nas patrzył, jakby się połapać chciał, gdzie jest i co się z nim dzieje. Przyskoczył do niego Urbanek, cały jeszcze łzami ociekły, i począł go całować w obie ręce jakby miłego pana ojca, a głaskać po twarzy, a łysinę mu z potu ocierać, a śmiać się i płakać z radości, że aż się rzewno robiło w sercu na taką poczciwość a wdzięczny umysł tego chłopca.

— Panie Heliaszu! — woła Urbanek — żebyście też wiedzieli, komu za zdrowie i życie dziękować macie po Panu Jezusie i Pannie Świętej — to temu oto pacholikowi! — i wskazuje na mnie. — A jam się z jego łuku naśmiewał!

To mówiąc poskoczył Urbanek do mnie i w oba policzki mnie pocałował, a mnie się słodko w duszy zrobiło, że choć jestem jako pies bez pana na świecie, taki biedny i opuszczony, przecież ludzkości doznaję.

— A pan Grygier gdzie? — pyta złotniczek oglądając się dokoła.

— Widziałem tylko, jak w las zapadł — mówię — chodźmyż go szukać.

Weszliśmy w las i poczęliśmy nań wołać i szukać, i między chaszcze zaglądać, i długo było tego szukania, aż nareszcie wylazł pan Grygier spod gęstej leszczyny i patrzy na nas okrągłymi od strachu oczyma. Nadbiegł i Urbanek i mówi:

— Panie Grygier, wielka wiktoria! Odpędziliśmy Tatarów, wyrwaliśmy im z rąk pana Heliasza, a już prawie był w łykach!

Na tę wieść pan Grygier od razu stał się srogim rycerzem, zacznie oczyma przewracać i szabli dobywa.

— A czemuż mnie nie wołaliście, chrrry! — woła. — Ukażcie mi ich zaraz, chrrry!