— Uciekaj za mną!
Był to Woroba. Nim się tamci dwaj podźwignęli z ziemi, on już odsądził się daleko ku Bosackiej furcie, a ja za nim.
XI. Karawana do Turek
Biegłem za Worobą, nie wiedząc dokąd; najpierw ku Bosackiej furcie, od furty wzdłuż miejskiego muru aż do Ormian, od Ormian znowu popod dom pana Stancla Szolca nazad ku ulicy Bożego Ciała, aż nareszcie widzę, żeśmy zrobili jakoby koło i dobiegamy do tylnej bramy kamienicy pana Spytka. Tu się hamał zatrzymał, wyjął z kieszeni klucz, otworzył bramę, pchnął mnie w sień i zaraz zamknął. Stanąłem zadyszany, a skorom tylko trochę tchu złapał, pytam;
— Woroba, a mnie tu szukano z ratusza?
— Szukano — rzecze Woroba i ciągnie mnie za sobą do indermachu.
Byłem bez czapki, bo została u Foka; mówię mu tedy, że muszę wziąć sobie starą czapkę z mojego alkierzyka. Puścił mnie, ale w ślad poszedł za mną. Już było całkiem ciemno; idę po omacku do kąta, gdzie moja skrzynka stała, a miałem na myśli nie czapkę, ale ową żelazną puszkę Semenową, czy też jest jeszcze. Szukam, skrzynki mojej nie ma.
— Woroba, a moja skrzynka? — mówię przestraszony — czy mi ją wzięli?
— Może by byli wzięli — rzecze Woroba — alem ją zawczasu schował. Jest w indermachu za belami z bawełną. Idź ty tam zaraz, schowaj się poza bele, a z Fokiem się nie wdawaj!
_ Woroba, Bóg wam za to zapłać, żeście mnie żywcem temu Niemcowi wydarli! W sam czas było, bo gdyby nie ten traf szczęśliwy, już by i po mnie było.