— Co ci to Bartuś? — spytała miękko żona.
— Nic, nic...
Ruszył do sieni, żona za nim...
— Kaj idziesz?
— Do roboty — odparł bezdźwięcznie.
— A śniadanie?
Nie odrzekł nic. Wyszedł za próg, na osiedle, wyciągnął pług, nabił lemiesz i trzósło i poszedł do stajni wyprowadzić woły...
— Trza robić, trza... — powtarzały wargi wciąż i bezustanku.
Robi wszystko, jak dawniej, lecz machinalnie i bez czucia.
Wiarę stracił — i porusza się, jak maszyna, party jedyną koniecznością życia.