I potoczył łzawem okiem w ciemną dal:

«Przyjdzie zczeznąć... Ha, no darmo! To i cóż?

«O mnie mniejsza — ino dzieci... dzieci żal!..»

I do serca pchał się gwałtem dziwny lęk —

I poleciał niesłyszany, cichy jęk

Po ugorach i po szarych łanach zbóż...

Nad urwiskiem (I)

Promienie wiosenne słońca, idąc ukosem po niedawno ze śniegu obeschłych stokach, doszły do pustych wyrębów na stromem zboczu góry, zarysowały bielą stado siedzących rzędami pniaków i zbłękitniły dym, rozpływający się ku górze białą chmurą, a dobywający się szarymi palcami z każdego gonta, z każdej szpary niskiej chałupiny podleśnej.

Ludzie już wstali — słońce dalej poszło, nie zajrzało...

Wstali od świtu mieszkańcy chałupiny leśnej.