I powoli myśli jej przeszły w cichutką prośbę... o Jędrka.
Zleciała chyżo na dział i ku kościołu. Wpadła pod dzwonnicę, pragnąc się dostać gwałtem przed boczny ontarz...
W kościele ciżba była wielka. Mały, drewniany kościołek trząsł się w posadach od napływu parutysięcznego tłumu, który kołysał się, jak fala, parł na ściany — i dusił w świątyni Pańskiej... Kościołek huczał silnym basem organów i jeszcze silniejszym chórem parutysiąca gardzieli, a w przerwie między zwrotkami kolęd wylatywały z tłumu bolesne wrzaski, urywane przekleństwa i wyzwiska dosadne...
— Dyć się nie pchaj! Czyś w chlewie? — krzyczy jakaś kobieta z pod chóru.
— A ty mnie nie śturkaj!
— Ludzie! Bójcie się Boga, bo mnie udusicie!...
— Jezus, Marya!
— Mamo, mamo! — przedarł się żałosny głos dziecka.
— O ratunecku! moja ręka!
— Nie napierajcież tam ze zadku, bo wlecimy na ontarz! — woła silny głos od balasków, które trzeszczą pod naciskiem ludzkiej fali!