— No wicie, wicie! — dziwowali się gazdowie. — A dziśby cie ksiądz z kościoła wypędził, jakbyś przypadkiem prasnął w niego owsem... Dyć niejak!...
— Nie te czasy, nie te... — pokiwał głową stary Szczepan — Hej! nie te...
I zadumali się starzy — dziwowali młodzi...
A Wikcia ku drzwiom pozierała ukradkiem, rychło się otworzą... Otworzyły się, ale nie ten wszedł, którego miała na mysli.
— Haw mróz na polu! — ozwał się przybyły i tupnął nogą, stzępując z kerpców zmarzły śnieg.
— Nic to, jak sam mróz — oświadczył Błażek.
— Gorszy wiatr — przyświadczył Szczepan — on ta i słusznie, wicie, wiatr mrozowi gada: „Jakeś ty sam, to chłop pada: Nic nie dbam!... Jaż ja z tobom — to chłop rusza sobom!...”
— Wiater huncfot! — dorzucił Tomek — ani za grajcar nie ma łagodności...
— Ba, jakżebyście chcieli! — roześmiało się paru.
Pogwarka płynęła żywo, bez natężenia myśli, które im latały, gdzie same żywnie chciały, z przedmiotu na przedmiot, zwinnie, jak pliszki po kamieńcu...