— Coby jej naprzód poświęcili!
— Jużci! Bo tam ino na nią czekają z kropidłem...
— Tatusiu! Bedziecie koszyki robić z poświęconych pręci, czy co? — zagadnął jakiś parobczak, przedrwiwając chłopinę mizernego, który dźwigał na ramieniu cały pęk bazi.
Chłopina uśmiechnął się, nie wiedzieć, jak...
— Czy, czy to inno...
Wyjąkane słowa zginęły w chórze śmiechu.
— Baziu, baziu meee... — krzyczy jeden z chłopaków, naśladując jagnię, i ucieszony, jakby go kto samym miodem napasł, przeskakuje drobne kamienie.
— Ja gdowiec: wyście gdowa — tłómaczy jakiś podeszły gazda kobiecie, obok idącej. — Pobiermy się na wolę boską i bedziemy pchać jako tę biedę kolanami przed sobą...
— A co się ma stać, to się stanie! — wypadło z gwarliwej gromadki.
— Pomału-że, moja Kasiu! — woła rosły chłopak, śmigając w powietrzu habiną.