— Ja wziął pół ćwierci pszenice i pół jęczmienia. Zmiesza się, i baba ta skutwasi co na święta, jaką placynę...
— Po kieloż?
— O, dyć drogo, bo na bórg. Żyd nie opuści. A płacić nima czem.
Wszyscy kiwnęli głowami.
— Nima czem...
— Dużo ta ludu u kościoła? — spytał oracz.
— Dyć niemało. Każdy też, niewyczytajęcy, przyjdzie pokłonić się Paniezusowi. Ale największy ścisk, to u Marka. Docisnąć się trudno. Bierą: kukurzycę, jęczmień, orkisz, a mąki, to już niemało worków poszło.
— A to wszystko na bórg?
— Ba, juści! O centa we wsi trudno, a każdy chciałby też na Święta cosi gdziesi, bo się wymorzył cały póst, że brzucha nie dopatrzy...
Mimowoli oracz spojrzał na dół i kiwnął głową.