— I jakże wypadło?
— Ha no przyjechał konwisarz z dziandarem i oba z wójtem wybrali pisarza.
— To sprawiedliwie... myślicie?
— Ja nijak nie myślę.
— Prawda, są insi, niech se głowy łamią.
— A jakże... Telo wam ino powiem: że nie wiem, kto kiedyś wygra...
Spojrzał na mnie przebiegle oczyma chytremi i, chcąc zaraz osłonić myśl niedokończoną, począł:
— To prawda, że my nie do tego. Człek w ziemi zagrzebany, jak ten kret, po uszy. Boga prosi, żeby mu dał zebrać plon mizerny z pola. A co więcy to nas ta już nie dużo obchodzi. W tem cała dba na zimę, co sie latem zbiere. A tego lata deszcz po deszczu, powódź za powodzią — takich naremnic nie pamiętają ludzie już oddawna. Różnie se naród myśli: co takiego, iż te burze i grady tak często przychodzą. Opowiadał mi kościelny, a jemu znowu — ksiądz, że pono jacyś heretycy armatę wynaleźli taką, coby z niej można do chmur strzelać i rozpędzać grad, a te burze tegoroczne to — powiada — kara boska za tę ludzką pychę, choć mnie się ta nie chce wierzyć... Ha, no, kiepskie żniwa. Ja sie też zebrał, myślę sobie: Trza uzbierać na mszę...
Mówił szybko, bez przerwy, nie myśląc o tem, co mówi. Oczyma błąkał po górach rozodzianych z lasu. Po chwili przestał i zwiesił głowę w zadumaniu ciężkiem.
— Tak ono tak... gdzież się ta woda ma utrzymać?