— Włóczy się psiamać ścierwo bieda sobacza... — klął pocichu zdecydowany pesymista od urodzenia i spluwał raz po razu.
Z furtki kościelnej wyszedł ksiądz wikary. Lud cisnął mu się do rąk, całując ze wszystkich stron.
— Czemuż nie idziecie do domu? — spytał.
— Dyć, jegomościu, nima po co, bo tam bieda...
— A cóż tu wystoicie?
— Tak se ta pogwarzemy i poradzimy się...
— Sami?
— Jak nima kota, to i myszy rządzą... — zamruczał z przekąsem stary gazda.
— Dyć pono mają dawać zapomogi... jegomościcku kochany! — woła płaczliwie niska kobiecina.
Ksiądz się zatrzymał.