— Telo ino ostało... he Cisoń! — popędzał woły, zaśmigując biczem.
— Żal wam tych lasów?
— Ba! Komuby nie żal było?
Szliśmy powoli, bo kamienista droga podnosiła się coraz stromiej. Dokoła nas obsiadły stada zbutwiałych pniaków, wśród nich pięły się trawy różnorodną zielenią.
— Dyć zelżyjmy! — mówił chłop, przystając. — Wyjdziemy na dość czasu.
Usiedliśmy na pniakach przydrożnych. Woły, nie widząc za sobą poganiacza, zboczyły do wrębu i poczęły łakomie skubać zwaloną trawę. Oczy chłopa spoczęły na bydlętach z prawdziwą miłością.
— Niech se ta i one zawróżą, bo głodne — szepnął sobie.
— A wolno wam paść po wrębie?
Popatrzał na mnie, zdumiony, z pewnym niepokojem, chcąc odgadnąć, jaką myśl miałem w zapytaniu.
— Jak nikt nie widzi, to i nikt nie broni — odparł.