— Z daleka? — spytał.
— Z wichrów...
— Siądźcie.
Zapraszał mnie uprzejmie, jak w swoim domu, wskazując ręką zielony trawnik. Spocząłem bez wahania. Psina podsunęła się ku mnie z ucieszonem skomleniem.
— Pies, wicie, przeźry człeka odrazu — mówił wpijając we mnie przenikliwe oczka. — Dobremu rad, złego prześladuje. U ludzi nie tak.
— Nie wierzą se?
— A nie wierzą...
— Gdzieżeście się zabrali? — spytałem.
Namyślał się, co ma odpowiedzieć.
— O dyć, nika — mruknął po chwili. — tak se ta posiedzę, pomedytuję... Robić nima co...