Matka przykładała drew do pieca. Dym walił się na izbę i sięgał prawie do samej ziemi. Dusiła się kobiecina, raz po raz wycierała oczy fartuchem i uparcie nie odstępowała nalepy...
— Dyć się przecie musi przewalić... — powtarzała głośno.
— Mamo! szczypie! dym!... — wołoł Józuś.
— To idź do izdebki... czemu tu siedzisz?...
Wojtuś pociągnął braciszka, rzucili się strzałą przez sień, drzwi tylko do izdebki zaskrzypiały... Dym pchał się otwartemi na oścież drzwiami, ale z izby nie ustępował. Wszędzie go było pełno.
— Niech będzie pochwalony!... — rozległo się w sieni.
— Na wieki wieków!... — wypadło od nalepy. Błażejowa przetarła lepiej oczy, nachylając się, by dojrzeć, kto tam taki...
Na progu zarysowała się ciemno, jak we mgle, chuda postać.
— A, to ty, Jagnieś!... Pójdź-że dalej, ale tu dym...
— A tam mróz, sto razy gorszy od dymu... — odpowiedziała zgrzytliwie i przypadła do nóg gospodyni. — O, moja gosposiczko!...