„I pomarli se ano, pomarli!”, rozmyślała żałośnie, przesuwając ziarna różańca, ale pacierz jeno niekiedy przychodził na wargi, boć w głowie i sercu miała jakoby ten kołtun zwity zmyśleń przeróżnych a strachań niemałych.
— Trzydzieści dwie morgi63, a paśniki, a las, a budynki, a lewentarze64, tylachne gospodarstwo! — westchnęła, ogarniając z lubością65 szerokie pola i ten cały świat boży. — Żeby tak pospłacać i ostać na wszystkim! Być, jak ociec byli! — Pycha ją rozparła z nagła, hardo spojrzała w samo słońce, prześmiechnęła się znacząco i z sercem pełnym słodkich nadziei jęła szeptać słowa różańca. — Ale od półwłóczka66 nie ustąpię. Pół chałupy też moje i tych krów mlecznych nie popuszczę z garści — wyrzekła nieco żalnie.
Zamodliła się znowu na długą chwilę, powłócząc rozełzawionymi oczami po ziemiach, stojących we słońcu kieby w tej złotawej przyodziewie; wykłoszone, bujne żyta gmerały rdzawymi wisiorami, czarniawe jęczmiona polśniewały kiej ta woda głęboka, zaś jasnozielone owsy, gęsto przerosłe żółtą ognichą, pławiły się trzepotliwie w cichym, nagrzanym powietrzu. Jakiś ptak wielgachny ważył się nad rozkwitłą koniczyną, co niby okrwawiona chusta leżała na skłonie wyżni67. Kajś niekaj boby tysiącami białych ślepiów stróżowały przy ziemniakach, a tu i owdzie na dołkach lny niebieściły się bledziuśkim kwiatem, niby te przymrużone od blasków dziecińskie68 oczy.
Bardzo cudnie było na świecie. Słońce ogrzewało coraz barzej i ciepło, sycone zapachem kwiatów, co tliły się nieprzeliczone we zbożach i wszędy, zwiewało z pól taką lubą, żywiącą mocą, jaże dusze rozpierało radością i same łzy cisnęły się do oczów.
— Świętaś ty i rodzona! Święta — wyrzekła, pochylając głowę.
Sygnaturka69 zaświergotała w powietrzu kiej ten ptaszek.
— Za Twoją to sprawą wszyćko na świecie, mój Jezu kochany! Za Twoją! — szepnęła gorąco, bierąc się z powrotem do pacierza.
Kajś w pobliżu cosik zatrzeszczało. Obejrzała się uważnie — pod wiśniami, o płot pleciony wsparta, stojała Jagusia, jakoś smutnie wzdychająca.
— Że to ni minuty spokoju! — zabiadała Hanka, gdyż przypominki chlasnęły ją kiej te parzące pokrzywy. — Prawda, dyć ona ma zapis! — przypomniała sobie. — Całe sześć morgów! Złodziejka jedna!
Aż ją w dołku sparło ze złości. Odwróciła się plecami, jeno co już nie poredziła zebrać się na modlitwę, bo dawne urazy i żale opadły ją kiej te złe, rozszczekane psy.