Szymek jeszcze wybielał izbę a uprzątał wióry i śmiecie, zaś pan Jacek przybrał się, skrzypki wziął pod pachę i rzekł ze śmiechem:
— Gniazdko gotowe, nasadźże sobie kokosz...
— Dyć jutro ślub po nieszporach — rzucił mu się dziękować.
— Nie robiłem za darmo! Jak mnie ze wsi wypędzą, to przyjdę do ciebie na komorne — fajeczkę zapalił i polazł w stronę lasu.
A Szymek, chociaż wszystko pokończył, łaził jeszcze czegoś, przeciągał strudzone koście i patrzył na chałupę z niespodziewaną uciechą.
— Moja! Juści, co moja! — gadał i jakby nie wierząc oczom, dotykał ścian, obchodził dokoła i zaglądał przez okno, wciągając z lubością skisły zapach wapna i surowej gliny, że dopiero o zmierzchu ruszył do wsi szykować się na jutro.
Juści, co już wszystkie wiedziały o ślubie, więc i Dominikowej doniesła któraś ze sąsiadek; ale stara udała, iż nie miarkuje, o czym powiedają.
Zaś nazajutrz w niedzielę już od wczesnego rana Jagusia raz po raz wymykała się z chałupy ze sporymi tobołami, cichaczem, przez ogrody, dygując je do Nastusi. Lecz stara, chociaż dobrze czuła, co się wyrabia, nie przeciwiła się niczemu; łaziła jeno milcząca i tak chmurna, co Jędrzych dopiero po sumie ośmielił się do niej przystąpić.
— A to już pódę, matulu! — szepnął, trzymając się z daleka, ostrożnie.
— Konie byś lepiej wygnał na koniczysko1078...