Naczelnik podniósł rękę do czoła, chłopi pozdejmowali kapelusze, zaległo milczenie; wójt z pisarzem przypadli wysadzać go z powozu, a strażnicy stanęli przy drzwiach, wyprostowani kieby kije.
Naczelnik dał się wysadzić i rozebrać z białego obleczenia. I odwróciwszy się, powlókł oczami po gromadzie, przygładził żółtawą bródkę, nasrożył się, kiwnął głową i wszedł do mieszkania, kaj go zapraszał pisarz, w pałąk przygięty.
Powóz odjechał. Chłopi znowu się zwarli dokoła stołu, rozumiejąc, iż zaraz rozpocznie się zebranie, ale przeszło dobre „Zdrowaś”, przeszedł może i cały pacierz, a naczelnik się nie pokazywał — jeno z pisarzowych pokojów roznosiły się brzęki szkła, śmiechy i jakieś smaki, wiercące w nozdrzach.
A że mierziło się już czekanie i słońce przypiekało coraz barzej, to jaki taki jął się chyłkiem przebierać ku karczmie, aż wójt zakrzyczał:
— Nie rozłazić się! A którego zbraknie, ten się zapisze do sztrafu1101...
Juści, co się jeszczek wstrzymali, klnąc jeno coraz siarczyściej a niecierpliwie spozierając na pisarzowe okna, bo ktoś je przymknął ze środka i zasłonił.
— Wstydzą się chlać na oczach!
— Lepiej, bo każden jeno grdyką robi, a po próżnicy ślinkę łyka! — pogadywali.
Z aresztu, stojącego w rząd z kancelarią, wyrwał się żałosny i długi bek, a po chwili wylazł stójka, ciągnąc na postronku sporego ciołka1102, któren się opierał ze wszystkiej mocy — ale naraz grzmotnął go łbem, jaże chłop rymnął na ziemię, zadarł ogona i pognał, ino się za nim zakurzyło.
— Łapaj złodzieja! Łapaj!