Ledwie tknął jadła i czując się wielce zdrożony, zaraz położył się spać. Ale rano, jak tylko słońce zaświeciło, już był na nogach. Obleciał pole, przyniósł koniom koniczyny, podrażnił księże indory, jaże się rozbulgotały, przywitał pieski, że dziw łańcuchów nie pozrywały z radości, sypnął ziarna gołębiom, pomógł młodszemu wypędzać krowy, narąbał drzewa za Michała, spenetrował w sadzie dojrzewające małgorzatki, pofiglował ze źrebakiem — i był wszędy i wszystko witał całującymi oczami, jak przyjacioły serdeczne, jak braty rodzone, nawet te malwy osypane kwiatem, nawet te prosięta grzejące się na słońcu, nawet pokrzywy i chwasty przytajone pod płotami; aż matka, biegająca za nim rozkochanymi spojrzeniami, szeptała z pobłażliwym uśmiechem:
— Wariacie jeden! Wariacie!
A on snuł się i promieniał jako ten dzień lipcowy — jasny, roześmiany, rozsłoneczniony, wezbrany ciepłem i ogarniający wszystek świat duszą miłującą. Ale skoro zadzwoniła sygnaturka, rzucił wszystko i poleciał do kościoła.
Proboszcz wyszedł z wotywą; poprzedzał go Jasio w nowej komży, przybranej świeżo czerwonymi wstęgami. Organy zagrały przebieraną, hukliwą nutą, z chóru podniósł się grubachny głos, od którego zadrgały światła, kilkanaście osób przyklękło przed ołtarzem — i zaczęło się nabożeństwo.
Jasio, chociaż służył do mszy, a w przerwach żarliwie się modlił, jednak dostrzegł Jagusię, klęczącą nieco z boku — i co podniósł głowę, to widział jej modre, błyszczące oczy, wlepione w siebie, i jakiś przytajony uśmiech na rozchylonych, czerwonych wargach.
Zaraz po kościele zabrał go ksiądz na plebanię i zasadził do pisania, że dopiero po południu wyrwał się na wieś odwiedzać znajomków.
Najpierw zaszedł do Kłębów, gdyż siedzieli najbliżej — przez dróżkę jeno. W chałupie jednak nie zastał nikogo, a tylko w sieniach, wywartych na przestrzał, cosik zaruszało się w kącie, a jakiś głos zachrypiał:
— Dyć to ja, Jagata! — uniesła się, rozkładając ręce ze zdumienia. — Jezu, pan Jasio!
— Leżcie spokojnie. Chorzyście, co? — pytał troskliwie i przysunąwszy se pieniek, przysiadł blisko, ledwie rozpoznając jej twarz wyschniętą kiej ziemia.
— Jeno już Pańskiego miłosierdzia czekam — głos jej zabrzmiał uroczyście.