Jąkała się strwożona, czy aby się czego nie domyśla.
— Siadajcie, widzę, żeście się zmęczyli.
Wagowała się, nie wiedząc, co począć. Pociągnął ją za rękę, że przysiadła pobok, spiesznie chowając bose nogi pod wełniak.
Ale i Jasio był zmieszany, rozglądał się jakoś bezradnie dokoła.
Pusto było na polach, lipeckie dachy i sady wynosiły się ze zbóż jakoby wyspy dalekie, wiater ździebko przegarniał kłosami, pachniało rozgrzaną macierzanką i żytem, jakiś ptak przeleciał nad nimi.
— Strasznie dzisiaj gorąco! — zauważył, aby jeno zacząć.
— I wczoraj przypiekało niezgorzej! — chycił ją za gardziel jakiś radosny lęk, że ledwie mogła przemówić.
— Lada dzień zaczną się żniwa.
— Pewnie... Juści... — przytwierdzała, wlepiając w niego ciężkie oczy.
Uśmiechnął się i spróbował mówić swobodnie, prawie żartem: