Rocho zakręcił się po izbie, cisnął jakieś papiery Józce leżącej na łóżku i zaszeptał:
— Schowaj pod siebie, a nie wydaj!
I jak był, bez czapki a kapoty, rzucił się w sad i przepadł jak kamień we wodzie, że jeno kajś za brogiem zaruchało się żyto.
— Odejdź, Grzela! Hanka, do swojej roboty! Uciekaj, Michał, i ani mrumru! — rozkazywał Antek, zasiadając do przerwanej roboty.
I jął znowu nacinać sierp tak równiuśko i spokojnie jak przódzi, tylko że co trochę podnosił ostrze pod światło, a strzygł ślepiami na wszystkie strony, gdyż naszczekiwania psów były coraz bliższe. I wnet rozległy się ciężkie stąpania, brzęki pałaszów i rozmowy...
Zatłukło mu serce i zadygotały ręce, ale ciął równo, akuratnie, raz za razem, nie odrywając oczów, aż dopiero kiej przed nim stanęli.
— Rocho doma? — pytał wójt, wielce zalękniony.
Antek obrzucił spojrzeniem całą kupę i odrzekł wolno:
— Musi być na wsi, bo nie widziałem go od rana.
— Otworzyć! — rozkazał grzmiąco jakiś starszy.