— A już niech Bóg broni, żeby się wójt dowiedział — upominał surowo.
Nie odrzekła, przyśpieszając jeno kroku, ale nie dał się wyprzedzić; trzymał się pobok, zazierając raz po raz w jej twarz zapłakaną i gniewną.
Księżyc znowu zaświecił i wisiał prosto nad drogą, że szli jakoby tą srebrzystą miedzą, obrzeżoną pokrętnymi cieniami drzew. Naraz zadrgało mu serce, tęsknica wyciągnęła nienasycone ramiona, przysunął się ździebko, bliżej, tak blisko, że jeno sięgnąć ręką i przyciągnąć ją do siebie... Ale nie sięgnął, zbrakło mu bowiem śmiałości i powstrzymywało jej zawzięte, wzgardliwe milczenie, więc jeno rzekł z przekąsem:
— Tak lecisz, jakbyś chciała uciec przede mną...
— A bo prawda! Obaczy nas kto i gotowe nowe plotki.
— Albo ci spieszno do kogo drugiego!
— Juści, abo mi to nie wolno! Abom to nie wdowa!
— Widzę, co nie darmo powiadają, że kierujesz się na księżą gospodynię...
Porwała się jak wicher i łzy potrzęsły się jej z oczów rzęsistymi, palącymi strugami.