— Ratuj, Mateusz! Jezu, tak czekałam na cię, tak wyglądałam.
Usadził ją pobok, lecz cisnęła mu się do piersi kiej dzieciątko i przez łzy lejące się ciurkiem, przez mękę i rozpacz szeptała:
— Powiedziały mu o wszystkim! Śmierci bym się była prędzej spodziała niźli jego powrotu. Byłam u księżego lnu... Przylatuje któraś i powiada... Dziw trupem nie padłam... Szłam jak na śmierć... Nie było cię doma... Poszłam cię szukać... Nie było cię we wsi... Kołowałam z godzinę, ale musiałam iść... Wchodzę do chałupy... A on stoi na środku blady kiej ściana... Skoczył do mnie z pięściami... O prawdę pyta... O prawdę...
Mateusz jaże się zatrząsł i obcierał z twarzy zimny, lodowaty pot.
— Wyznałam się przed nim... Na nic już by się zdały cygaństwa... Topora chycił na mnie... Myślałam, że już koniec, i pierwsza mu rzekłam: „Zabij! Ulży nam obojgu!”. Ale me nie tknął nawet palcem! Jeno popatrzył we mnie, przysiadł pod oknem i zapłakał! Jezu miłościwy, żeby me chociaż sprał, skopał, sponiewierał, lżej by mi było, lżej... A on siedzi i płacze! I cóż ja teraz pocznę nieszczęsna, co? Kaj się podzieję?! Ratuj me, bo się rzucę do studni albo se co złego zrobię, ratuj! — wrzasnęła, padając mu do nóg.
— Cóż ja ci poredzę, sieroto, co? — jąkał bezradnie.
Zerwała się nagle z dzikim warkotem gniewnego szaleństwa.
— To po coś me brał? Po coś me stumanił? Po coś me przywiódł do grzechu?
— Cała wieś tu się zleci, cichoj!
Przypadła mu znowu do piersi, objęła sobą i pokrywając pocałunkami, zaskamlała całą mocą strachu, miłowania i rozpaczy: