— Jeszcze kto posłyszy... Laboga, dyć mi ziobra zgnieciesz... Puść...
Pietrek Borynów i księża Maryna! Rozpoznał ich po głosach i odszedł z uśmiechem, lecz po paru krokach zawrócił na dawne miejsce i nasłuchiwał z dziwnie bijącym sercem. Gęste krze ich przysłaniały i ciemnica, nie sposób było rozeznać, ale coraz wyraźniej słyszał krótkie, rwane i warem kipiące słowa — buchały kiej płomienie, a niekiedy przez długie chwile wrzały gorączkowe, dyszące oddechy i szamotania.
— Takusieńką, jak ma Jagusia, obaczysz... Ino mi nie broń, Maryś, ino...
— Zarno ci zawierzę... Bo ja to taka... Loboga, dajże odzipnąć...
Zaszeleściały gwałtownie krzaki, coś ciężko zwaliło się na ziem, ale po chwili zatrzęsły się, i znowu krótkie, rozpalone szepty, ściszone śmiechy i całunki.
— Że już i nie sipiam, a ino cięgiem o tobie, Maryś... O tobie, najmilejsza...
— Każdej prawisz to samo... Czekałam cię do północka... U drugiej byłeś...
Jasio jakby z nagła ogłuchł i zatrząsł się kieby osika. Wiater poszedł po sadzie, zaruchały się drzewa i zagwarzyły cichuśko kieby we śpiku. Z pasieki zawiały takie miodne zapachy, jaże go sparło pod piersiami, a oczy nalały się łzami; przejął go jakiś dygotliwy war i cosik tak lubego jęło udręczać, że ino się raz po raz przeciągał a wzdychał.
— Tyla mi do niej, co do tych gwiazdów... Jasia se tera namówiła...
Oprzytomniał, wcisnął się w płot i nasłuchiwał, coraz silniej rozdygotany.