Jagusia właśnie podbierała ziemniaki ani się spodziewając, że ktosik na nią patrzy, raz po raz bowiem prostowała się ociężale i wsparta na motyczce, powłócząc smutnymi oczami po świecie, wzdychała długo i ciężko.
— Jagusia! — zawołał lękliwie.
Pobladła na płótno i stanęła kiej wryta, zaledwie już wierząc własnym oczom. Tchu jej brakło i ścisnęło pod piersiami, ale patrzała w niego kieby w to cudne zwidzenie, a słodki prześmiech zatlił się na spąsowiałych z nagła wargach, rozmigotał się płomieniami i wybuchnął kiej słońce.
Jasiowi również rozjarzyły się oczy i miody zalały serce, nie dał se jednak folgi — milczał, a jeno przysiadł na zagonie i patrzał w nią z dziwną lubością.
— Bojałam się, co pana Jasia już nigdy nie obaczę...
Kieby pachnący wiater zawiał z łąk i uderzył w niego... Jaże pochylił głowę, tak mu ten głos rozdzwaniał się w duszy prawie niepojętą szczęśliwością.
— A przed Kłębami, wczoraj, to pan Jasio ani spojrzał...
Stojała przed nim spłoniona kieby ten kierz różany, kieby ten jabłoniowy kwiat, mdlejący w skwarze tęsknicy, śliczności pełna i zgoła jakiemuś cudowi podobna.
— A to dziw mi serce nie pękło! A to dziw me rozum nie odszedł.
Łzy błysnęły jej u rzęs, przysłaniając niby diamentami modre nieba oczów.